Liceum i Uniwersytet

Dzięki zaangażowaniu w swoją pracę nauczycielom w liceum z chemii i fizyki większość zagadnień na zajęciach była mi dobrze znana. Mogę im teraz za to podziękować. Panom Hermanowi i Słowikowi. Bo w szkolnictwie są dwie grupy nauczycieli, Ci którzy chcą pomimo wszystko przekazać jak najwięcej i Ci którzy wiecznie narzekają. Pierwsza grupa to osoby, które pomimo Twojej niechęci i tak Ci to wbiją do głowy bo będą tyle razy to powtarzać, że i tak zapamiętasz. Drudzy każą Ci przeczytać książkę i ją streścić. Co z tego zapamiętasz? Nic.
Tydzień na uczelni był długi i męczący. Przychodząc w piątek po zajęciach przygotowywałam się już na następny tydzień, aby zdążyć ze wszystkim. Wszystkie kolokwia i egzaminy, to nie tylko masowa pamięciówka lecz i ogrom zadań do wykonania. Laboratoria z fizyki jak i chemii były dla mnie przyjemnością. Rano musiałam wcześnie wstać, by dojechać na czas, a do przemierzenia miałam 2 km pieszo na przystanki oraz 36 km jazdy autobusem w jedną stronę. Jak tylko poruszyłam temat zamieszkania gdzieś bliżej, to mama mówiła, że przecież mam blisko. Nic nie mogłam zrobić, musiałam walczyć o swoje marzenia. Za to moja babcia mieszka o wiele bliżej niż ja, bo od niej to 13 km. Lecz nikt mi nie chciał pomóc, żebym miała lepiej. Raz zapytałam o nocowanie i już był problem, bo mój wujek wiecznie nie miał gdzie mieszkać i miał chrapkę na mieszkanie, więc nie dopuszczał mnie tam. Mówi się trudno, poradziłam sobie.


 W wakacje jak tylko miałam wolny czas to chciałam mieć wyrobioną praktykę w swoim zawodzie, więc zrobiłam parę bezpłatnych stażów w laboratoriach. O pracę po studiach było ciężko z powodu braku większego doświadczenia. Już na studiach drugiego stopnia mieszkałam z Piotrkiem w kawalerce. Było nam tam bardzo dobrze. Rodzice tam nas nie odwiedzali, rodzeństwo też. Mogliśmy żyć swobodnie, bez narzucania zdania innych. Zresztą to był bardzo intensywny okres i brakowało na wszystko czasu. Podczas mojej 5 letniej nauki dorabiałam po sklepach z odzieżą, gdy tylko miałam wolny weekend lub dzień na tygodniu. Po ukończeniu studiów drugiego stopnia i otrzymaniu dyplomu z tytułem magistra chemii, zawzięcie poszukiwałam pracy w zawodzie. Pracowałam cały czas w sklepie żeby mieć fundusze na swoje utrzymanie. Po studiach bardzo zależało mi na pracy w zawodzie udało się po ponad pół roku znaleźć firmę, która nie potrzebuje specjalistów tylko ludzi po studiach. Firma dopiero się rozwijała. Bardzo chętnie mnie przyjęli, bo byłam na tyle zdesperowana, że powiedziałam, że chcę się nauczyć jak najwięcej, nie ważne za ile. Chodziłam do tej firmy od około września na wolontariat przez 3 miesiące, bo czekałam aż dostanę staż 6 miesięczny z Urzędu Pracy – tak chciał Pan prezes. Gdy otrzymałam upragniony staż w grudniu zaczęłam pełną parą, bo na wolontariacie praktycznie wszystko ogarnęłam. Zajmowałam się również przez nieobecność jednej pracownicy obsługą urządzenia Skalar do pomiaru stężenia N, C i OWO. Pod koniec stażu praktycznie tylko ja byłam osobą odpowiadającą za przygotowanie próbek na chromatografię GC. Próbek było mnóstwo woda, gleby, ścieki i inne… Wszystko ogarniałam sama, tysiące próbek. Niestety wtedy właśnie dostałam udaru krwotocznego. Pozostał mi zaledwie miesiąc stażu, który miał się ukończyć zatrudnieniem. Nie wybrałam urlopu, bo w sumie nie miałam po co. Więc mogli mi początkowo wpisać urlop, gdy leżałam w szpitalu i nie wiedzieli co z tym faktem zrobić. Na stażu chciałam jak najwięcej się dowiedzieć. Cieszyłam się, że w końcu moja charytatywna praca za 500zł/miesiąc się skończy. Teraz już Pan prezes nie musi mnie zatrudniać, bo jak to jest nazwane:

Z przyczyny strony odbywającej staż nie było możliwości podjęcia zatrudnienia od razu po ukończeniu stażu.

Niestety wielka firma okazała się ona tylko masowym robieniem kasy dla Pana prezesa, który ma w dupie swoich pracowników.
Zero szacunku i współczucia. Zatrudnienia nie mam do dzisiaj.

Dodaj komentarz