Ataki padaczki, zażywanie tabletek, leczenie.

Tabletki, tabletki są niestety dla mnie niezbędne.

Wszyscy łapią się za głowę, gdy idę na wizytę do nowego lekarza i od początku muszę tłumaczyć. Opowiadać całą historię choroby. Przytaczać daty i uświadamiać doktorów, że ledwo przeżyłam… Muszę brać leki, dużo leków. Dawka mojego leku na padaczkę została zwiększona do maksymalnej wartości, aby już więcej nie mieć ataków. Tabletek biorę od groma niestety. Z jednej strony to trochę kiepsko, że muszę się tak truć, żeby żyć. Niestety to dla mnie mniejsze zło. Muszę się leczyć, aby żyło się z padaczką lepiej, żeby ataki padaczki już nie wystąpiły. Łatwo wziąć kolejną tabletkę niż znowu gdzieś leżeć. Obawiać się przy każdym wyjściu z domu, że może mnie dopaść tym razem w nie odpowiednim miejscu. Bo niestety może się tak przydarzyć, że ktoś wykorzysta moją słabość i mi nie pomoże.
Teraz mam jeszcze dodatkowe zmartwienie, gdy coś mi dolega. Obok mnie może być córeczka i co wtedy zrobić? Oby już mnie to nie spotkało, a przede wszystkim nie gdy jestem z nią sama…
Na szczęście od kiedy zwiększono mi dawkę nie miałam już napadów uogólnionych.
Na chwilę obecną tylko mrowienia i lęki wieczorne, podczas okresu też mi jest słabo.

Na zdjęciu moje pudełeczka, dzięki którym się nie gubię jaką tabletkę wziąć i kiedy. Leczenie zaczyna się rano, po przebudzeniu się biorę garść tabletek, potem do śniadania kolejna porcja i następne wieczorem –
około 9 tabletek dziennie…
Tabletki na wszystkie moje choroby i powikłania po wylewie.
Chora tarczyca, rozwalony mózg. Tylko tyle…?
Oby się więcej nie posypało.

Piszcie o lekach co bierzecie i jak u was to wygląda?

Dodaj komentarz